CO NA OBIAD? - felieton Piotra Groblińskiego


CO NA OBIAD?

Na to fundamentalne pytanie odpowiadało się w czasach mojej młodości prosto, choć mało konkretnie: zupa i drugie danie. Zarówno w szkolnych stołówkach, jak i na obiadkach u babci podawano zwykle jedną z kilku popularnych wtedy zup i jedno z kilkunastu możliwych do zrobienia drugich dań. Czasami zdarzał się deser, czasami w roli deseru występował kompot. 

 Sprawy się jednak skomplikowały. Dziś wielu z nas je tylko jedno danie – biedniejsi dla oszczędności, bogatsi z powodu diety, zagonieni z powodu braku czasu. Biznesowe kolacje, obiady, lunche albo brunche to z kolei uczty z większą niż dwa liczbą dań. Gorące lub zimne przystawki sprawiają, że zupa staje się drugim (w kolejności) daniem, a drugie danie – daniem trzecim. Jeszcze dobitniej problem ujawnia się na uroczystych kolacjach z udziałem dyplomatów czy ministrów, gdzie serwowanych jest kilka dań (kilka drugich dań?).  A wesela i sylwestry? Oprócz zimnego bufetu podaje się zwykle żurek, barszcz czerwony i schabowego z ziemniakami. Tylko czy podana nad ranem zupa powinna być nazywana trzecim daniem, czy może jest to wyjątkowo wyrafinowany deser?

 Dziś nawet jeśli ktoś bierze w jakimś barze klasyczny zestaw, to często najpierw zjada drugie (które staje się pierwszym), a popija zupą (która w międzyczasie zdąży ostygnąć). Wszystko z braku czasu i z życia w ciągłym pośpiechu. Czy taka kolejność nie zabija walorów smakowych zestawu? Mnie bardziej interesuje fundamentalna kwestia terminologiczna: czy zupa zjadana po drugim daniu staje się drugim daniem? Trudne pytanie. Tym trudniejsze, że granica między zupą a drugim stała się płynna. Nie ma już mowy o cienkich zupkach na kostce bulionowej. Dziś między gulaszową węgierską a gulaszem właściwym trudno wytyczyć jednoznaczną granicę. Podobnie między jarzynową z ryżem a risottem czy między fasolową z pomidorami a fasolką po bretońsku.

By uniknąć tych nazewniczych dylematów, coraz częściej używa się pojęcia „danie główne”. Brak liczebnika eliminuje problemy z kolejnością, duża pojemność znaczeniowa pozwala zaliczyć do tych dań wszelkie formy hybrydowe, np. makarony podawane z taką ilością sosu, że mniej wyrobiony smakosz mógłby je wziąć za zupę. A tak mówi po prostu do kelnerki: hm, znakomite danie główne. I po kompocie.

Ale w miejsce starych pojawiają się od razu problemy nowe. Ostatnio byłem na proszonej kolacji u znajomych. Na suto zastawionym stole znalazły się: boczniaki marynowane, dwa rodzaje surowej ryby, sałatka brokułowa, smażone papryczki i faszerowane jajka. Co było najważniejsze? Na czym należało skoncentrować uwagę? Chwaliłem po kolei wszystko, co przygotowała gospodyni, ale ona i tak spytała: No a jak tam danie główne (nawiasem mówiąc, słabo artykułowała głoskę ł)? Popełniłem chyba straszny afront, odpowiadając: Tym razem chyba już nie dam rady. 

Czasy się zmieniają i na te same pytania należy udzielać zupełnie innych odpowiedzi. Niedługo na nasze tytułowe hasło będzie się odpowiadało z zimną Hamletowską ironią: Co na obiad? Dania. Reszta jest trawieniem.

 

Piotr Grobliński